Na dziko nad jeziorem – El Gastor

Poranek w Rondzie. Zbieramy się. Nie było łatwo, luksusy zdecydowanie nas zepsuły. Syn gospodyni przygotował nam śniadanie. Kanapki, kawa, typowe europejskie śniadanie, tylko produkty jakieś lepsze… Bo hiszpańskie? Resztę kawy przelaliśmy do termokubka.

Po wyjściu zorientowaliśmy się, że jest niedziela, wiec słabo ze sklepami, ale pomogła nam sympatyczna para z dwójką dzieci. Razem zaprowadzili nas do najbliższego sklepu. Tam nasz plan podróży składający się z kilku kawałków tektury z nazwami miejscowości wzbudził ogólną wesołość właścicielki i klienteli.

Udaliśmy się na autostradę. Uważnie przeanalizowaliśmy ukształtowanie terenu, ruch drogowy i średnie prędkości. Dobre parę minut naukowej roboty. Obstawiliśmy jedno miejsce, była przynajmniej odrobina cienia, a żar lał się już z nieba.

Doskonalimy nawigację i narzędzia. Przyda się w podróży przez Amerykę Południową.

Doskonalimy nawigację i narzędzia. Przyda się w podróży przez Amerykę Południową.

Staliśmy trochę, ale bez większych sukcesów. Co chwila ktoś pokazywał palcem w dół (jesteśmy stąd), rozkładał ręce (ogólne sformułowanie i bardzo trudna interpretacja) albo wskazywał w prawo (czyli w drugą stronę niż my chcieliśmy). Postanowiliśmy przenieść się na drugą stronę wiaduktu. Cienia było mniej, trzy ogromne psy po drugiej stronie ogrodzenia, ale większe szanse na stopa. Paulina stanęła na wysepce pomiędzy wjazdem na autostradę i prawym pasem. Po około trzydziestu minutach zatrzymał się sympatyczny facet mocno rozklekotanym pojazdem w kształcie samochodu. Markę zjadła rdza. Wbrew naszym obawom plecaki nie przebiły podłogi. Zaproponował nam podwózkę kawałek w kierunku Sewilli. Chętnie skorzystaliśmy. Przez całą drogę coś nam tłumaczył, bardzo konsekwentnie, a my bardzo konsekwentnie nie mogliśmy go zrozumieć. Dopiero jak nas wysadzał, zrozumieliśmy o co chodzi – wskazywał nam cztery miejscowości, przez które szybciej dostaniemy się nad jezioro Zahara, niż jak będziemy jechać główną trasą na Sewillę. I faktycznie: pół godziny następny stop do Benaoján (czas miło spędzony obok czyjegoś ogrodu, z którego słychać było z głośników flamenco), potem po kilku minutach złapaliśmy podwózkę do Montejaque (przepiękne miasteczko białych domów malowniczo wtopione w zbocze góry) a potem wszystko zamarło z powodu sjesty. Chwilowo, czyli jakieś dwie godziny, nie było praktycznie żadnego ruchu. Staliśmy w polu, chowając się w cieniu jedynego w okolicy drzewa, zjedliśmy coś, wypiliśmy trochę kawki. Paulina zapomniała zamknąć na blokadę kubek termiczny Outer. Plecak lądował co chwila do góry dnem. Nic się nie wylało, a kawa od godziny 9 wciąż gorąca (czyli jakieś 6-7 godzin).

Po raz kolejny przydaje się kubek termiczny. Nawet przy 35 stopniach w cieniu.

Po raz kolejny przydaje się kubek termiczny. Nawet przy 35 stopniach w cieniu.

Znudzeni ruszyliśmy w końcu dalej i po kilometrze zatrzymała się para z Luksemburga. Podrzucili nas na skrzyżowanie dwóch głównych tras. Tam z kolei spotkaliśmy Australijczyka popijającego lokalny trunek, który czekał na swojego kolegę. Robił to inaczej niż wszyscy inni, bo szukał go… Na niebie. Okazało się, że to zapaleni paralotniarze. Kiedy rozmawialiśmy, dostał od niego wiadomość. Tamten był zły, że kiedy on siedzi i popija piwo, będąc chrześcijaninem, tamten, ateista, wylądował pod… Kościołem. „Życie nie jest sprawiedliwe!” Roześmiał się, pociągnął łyk piwa i wróciliśmy do rozmowy.

Kolejnego stopa złapaliśmy ekspresowo. Co to była za podróż! Śmiech, głośne flamenco, tańce w samochodzie. Dzięki bardzo rozrywkowej parze dotarliśmy do Montecorto.

Zatrzymalismy się na stacji benzynowej. Lokalny alkohol (odkryliśmy dzięki uprzejmości kierowcy) to pacharan navarro podawany na kostce lodu przy lokalnej stacji paliw. Brak popielniczek na stołach nie oznacza, że nie można palić. Po prostu gdyby były na stołach, właściciele stacji zapłaciliby wysoką karę. A tak, oficjalnie, nikt tam nie pali!

Mało tego, nasi wybawcy opowiedzieli o okolicy, pomogli znaleźć miejsce na nocleg a potem, w przypływie uczuć pewnie trochę motywowanym lokalnym trunkiem, zaproponowali, że zawiozą nas w wyjątkowe miejsce, gdzie będziemy mogli wykąpać się w jeziorze. Bomba! Oczywiście skorzystaliśmy z oferty. Znowu wesoło w samochodzie, już pod lekkim wpływem. Miejsce magiczne. Po tej stronie nazywa się El Gastor. Z kolei miejsce, do którego pierwotnie planowaliśmy się dostać to Zahara. Czyli wylądowaliśmy tam, gdzie chcieliśmy, tylko pod inną nazwą… Niewątpliwym plusem El Gastor jest brak lokalnych władz i policji. Ziemia niczyja. Mogliśmy się rozbić bez obaw, że ktoś nas zaraz będzie ścigał. A tuż za rogiem mieliśmy zródło wody. Potem kolacja, mycie się w świetle księżyca i koniec dnia.

Billycan i gotowanie na raty dla dwóch osób. Da się.

Billycan i gotowanie na raty dla dwóch osób. Da się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *