Almada i okolice

izbona. Szósta rano. Nie działają kasy biletowe, toalety, czy metro. Zdecydowaliśmy, że śpimy na kempingu. Po dwóch godzinach drogi z przedmieść Lizbony udało nam się dotrzeć na drugą stronę Tejo aż do Costa de Caparica. Najpierw niebieską linią metra do Baixa-Chiado, tam przesiadka na zieloną linię do Cais do Sodre (najlepszy sposób płatności na jeden dzień to karta „zapping”, czyli doładowanie; za kartę trzeba zapłacić 0.5€ a doładowanie zaczyna się od 3€), a potem już tylko tramwaj lub autobus do Belém, skąd odpływają promy na drugą stronę rzeki.

Jak tu pięknie! Trochę dziko, trochę z dala od cywilizacji. Po prostu wioska. Znaleźliśmy Camping Clube de Campismo do Concelho de Almada. Dawno na takim nie byliśmy! Osada przyczep kempingowych oraz bungalowów i niewielkie miejsce na namiot. Ale za to byliśmy sami! Miejsce dobrze wyposażone: całodobowa ochrona, prysznice, toalety, pralki, woda zdatna do picia (jednak bardzo niesmaczna, bo chlorowana, jak w całej Portugalii), bar, sklep, bankomat, tenis ziemny i wyjścia bezpośrednio na plażę. Wygląda na to, że ludzie tu normalnie mieszkają! Cena, jak na kemping, lekko nas powaliła, jednak za luksus trzeba płacić. Zapłaciliśmy po 17€ dziennie za namiot i naszą dwójkę. W cenę wliczone były prysznice. Sprawdziliśmy jeszcze pozostałe kempingi, ale nie są to najlepsze miejsca, zwłaszcza ten blisko Lizbony – dość niebezpieczne okolice, nie polecamy zostawiania tam rzeczy.

image

image

Po krótkiej drzemce poszliśmy się opalać. Miło było obserwować połowy rybaków oraz krążące nad nimi chmary mew.

7-20160923_mg_6813

Spacerkiem poszliśmy do miasta, wypiliśmy piwko i poszliśmy na pyszny obiad. Robert zamówił łososia, ja grillowane kalmary. Ceny, jak na Portugalię, dosyć wysokie. Prawie dwa razy wyższe niż za te same dania w centrum Lizbony.

image

image

Następnego dnia wybraliśmy się do Fonte de Tehla. Podobno kursuje bezpośredni autobus z miasta (130), natomiast my przez przypadek wybraliśmy bardziej skomplikowaną drogę z przesiadką w Lazarim. Zapłaciliśmy 11€ w jedną stronę za naszą dwójkę. Jest jeszcze jedna opcja – kolejka wzdłuż plaży – aż 8€ od osoby. W przypływie małego głoda zamówiliśmy hamburgery w barze Terminus Bar! przy ostatniej stacji kolejki. Nigdy w życiu nie jedliśmy nic gorszego, zdecydowanie odradzamy.

Wróciliśmy spacerem malowniczą drogą wzdłuż wybrzeża, około siedem kilometrów. Piękne widoki, z dala od asfaltowej drogi, po jednej stronie klif a pod nim pola uprawne i biegnące wzdłuż nich ścieżki

image

20160922_1915542016-09-23-15-09-342016-09-23-15-08-202016-09-23-15-07-242016-09-23-15-11-20

Kiedy dochodziliśmy do miasta na samym środku drogi zatrzymał się samochód, blokując ruch. No cóż, pan potrzebował zapalniczki, bo jego się popsuła. Pozdrawiając nas i życząc udanego pobytu („Enjoy Portugal!”), ruszył w przeciwną stronę. W samym miasteczku skusiliśmy się na piwo i na coś do jedzenia. Robert zamówił kanapkę z szynką i serem, Paulina frytki, co wywołało zdziwienie na twarzy kelnera. Chwilę później zrozumieliśmy dlaczego. Za 4€ dostała talerz frytek, którego w życiu nie dałaby rady zjeść nawet na obiad.

Kolejny dzień to pełen relaks. Ogólne porządki i raj na plaży. Na lunch bifana (stek wieprzowy z serem w bułce) w plażowym barze Chiringuito Caparica. W porównaniu do poprzedniej knajpy ta jest godna polecenia.

image

 

 

image
imageimageimageimagePlażowanie nie wyszło nam na dobre. Południowe godziny bez filtra słonecznego skończyły się poparzeniem u obojga. A chcieliśmy się tylko ładnie opalić, bo popołudniowe słońca w ogóle na nas nie działało 😉 Jak się okazuje, wystarczy nieco ponad pół godziny by zapewnić sobie wrażenia na następne dwa dni.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *