Lizbona

Pojechaliśmy do Lizbony. Szybka kalkulacja kosztów i zamówiliśmy Ubera. Pomimo godzin szczytu na tej trasie i ogromnych korków zapłaciliśmy 19€. Półtora godziny oszczędzonego czasu, a tylko 5€ drożej. Spotkaliśmy się ze znajomymi na kolację w Restaurante Ideal. Co to była za wyżerka! I w dobrej cenie! Duszona ośmiornica z fasolką szparagową i ziemniakami, Robert wziął coś na styl naszego schabowego – secretos de porco iberico. Jest to stek wieprzowy z ziemniakami. Po zakrapianym wieczorze (od pierwszego łyka Paulina zakochała się w portugalskim migdałowym likierze – Amendoa Amarga, tak samo jak Robert wcześniej) wróciliśmy na kemping. Dzięki uprzejmości naszych znajomych mamy miejsce do spania aż do wyjazdu! Zwiedzamy!

20160923_214151

Wspólny lunch (rozpłaszczony kurczak w limonce z ryżem i frytkami) zakończył się butelką domowej ginjinha. Jest to delikatny likier wiśniowy. Pycha. Potem spacer po Lizbonie, koncert i jedzenie w chińskiej knajpie. Nie byle jakiej, Mr. Lu, chiński kucharz obdarowany licznymi nagrodami na całym świecie. Postanowił otworzyć restaurację nie gdzie indziej a tu… w Lizbonie. Kolejne WOW, krewetki na ostro duszone w woku z kapustą. Robertowi nie pasowało jego danie: kurczak z ananasem. Następnego dnia ruszyliśmy na długą włóczęgę po mieście. Zrobiliśmy jakieś 20 km. Zaczęliśmy od dzielnicy Bairro das Colónias, gdzie ulice nazwane są od byłych portugalskich kolonii. Tę niezbyt bogatą okolicę do dzisiaj zamieszkują osoby z różnych zakątków świata. Potem poszliśmy do Graça – uroczej, wysoko położonej i bardzo „pofalowanej” dzielnicy, do której można się dostać między innymi żółtym tramwajem numer 28, znanym z pocztówek i magnesów na lodówki.

20160924_185933

Tam, w niewielkiej kawiarni Café do Monte, nieznanym turystom miejscu, wypiliśmy kawę i sok ze świeżych pomarańczy. Jednak nie trzeba daleko szukać, bo w Portugalii w każdym miejscu serwują wyśmienitą kawę.

14-20160926_mg_699520160924_184803

Następnie ruszyliśmy w dół, w stronę rzeki, przez znaną z muzyki fado dzielnicę Alfama. Wąskie uliczki i przeciskanie się pod mokrym praniem. Upał nas zmęczył i postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na lunch. Trafiliśmy do Maruto. Lokal niewielki, ale bardzo gustownie i współcześnie urządzony. Na ścianie mapa świata, wokół niej butelki po winie z nazwami i odległościami do większych miast oraz jedna wyjątkowa, która… Wskazywała najbliższą toaletę. Jedzenie cudowne!

8-20160925_mg_68449-20160925_mg_6846

Bardzo polecamy. Przy okazji kelner poinformował nas, że w okolicy zwiększyło się natężenie kieszonkowców. Zresztą, dzielnica obok, Baixa-Chiado, to najbardziej luksusowa i turystyczna okolica Lizbony, która słynie z przestępczości. Wielbiciele środków odurzających powinni unikać kontaktów handlowych z ludźmi, którzy oferują swój towar na ulicy. Robią to otwarcie nawet w obecności policji. I nie dlatego, że policja przyzwala na handel narkotykami, tylko dlatego, że to, co sprzedają, to nie są narkotyki, za to czasem groźne dla zdrowia substancje przypominające oryginalne receptury. Kiedy wyszliśmy po godzinie, na zewnątrz wciąż był skwar. Mozolnym krokiem udaliśmy się tym razem pod górę, w stronę dzielnicy Rato, odwiedzić znajomą, która prowadzi butik Stró. Oferują wysokiej jakości, ręcznie produkowane wyroby.20160925_14255520160925_16571320160925_17334315-20160926_mg_7009

Wieczorem udaliśmy się do Cacilhas. Urocze miejsce po drugiej stronie Tejo. Zachód słońca z i pyszne jedzenie w Ponto Final. Wołowina marynowana kilka dni, panierowana ryba z oregano (oni dodają to do wszystkiego), kolendrą oraz gotowane ziemniaki, ryż z fasolą i… Dla odmiany z kolendrą. Paulina chyba w końcu doceniła tę przyprawę. Kiedyś smakowała jej, jak perfumy. Do picia obowiązkowo wino. Nie byle jakie. Młode czerwone wino, czyli po angielsku green red wine 🙂

20160925_20092611-20160925_mg_69631-20160921_mg_670910-20160925_mg_6933

Kolejne dwa dni poświęciliśmy na dalsze zwiedzanie Lizbony. Z ciekawszych miejsc, które w tym czasie udało nam się odwiedzić, warto wspomnieć o ogromnym bazarze restauracyjnym TimeOut (tam polecamy francesihnę u Marleny Feiro) oraz kompleks krytych ogrodów Estufa Fria, niedaleko stacji metra Marques de Pombal.

12-20160926_mg_696613-20160926_mg_698416-20160927_mg_7032

Koniecznie trzeba też zajrzeć do naszym zdaniem najlepszego domu fado w Lizbonie: Mesa de Frades. Trudno o coś bardziej autentycznego i na tak wysokim poziomie. I tak przy okazji, jeszcze odnośnie spraw kulinarnych, polecamy zajrzeć do zwykłej portugalskiej restauracji i, na przykład na śniadanie, zamówić: „Paõ de deus mixta com manteiga, por favor”. Będziecie zaskoczeni…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *